Główna
Trzydzieści sześć lat temu, kiedy „upchnąłem" w prasie codziennej pierwsze artykuły na temat ziołolecznictwa, zostałem zewsząd zaatakowany (nawet przez przyjaciół) — jakim prawem piszę ,o ziołolecznictwie, skoro nie jestem lekarzem. Bywały wypadki, że niektóre czasopisma nie chciały przyjmować artykułów od zielarza. Dopiero gdy się okazało, że żaden lekarz nie proponuje podobnej tematyki, a co odważniejsi naczelni redaktorzy zaczęli przyjmować moje artykuły, atmosfera wokół mojej osoby i twórczości zaczęła się poprawiać.
Oczywiście, to co działo się w licznych agendach Światowej Organizacji Zdrowia w pewnym sensie rzutowało ujemnie lub dodatnio na moje losy. Sprawę moich kontaktów ze Światową Organizacją Zdrowia uratował prof. Ewaryst Kamiński, który jako Polak zrobił wiele dobrego dla Polski, ale jako obywatel francuski nie dał się „wygryźć" ze swego stanowiska farmaceutom. Kamiński, zresztą mój kolega szkolny z gimnazjum w Zakopanem, wytłumaczył mi, że Światowa Organizacja Zdrowia jest organizacją zdrowia, a nie medycyny, bo z medycyną ma tylko kłopoty. Kiedy dostał do rąk recenzję mojej książki pt. Ziołolecznictwo (a nie była to recenzja, ale po prostu paszkwil), przekreślił maszynopis na krzyż i napisał z boku: „Psy szczekają, ale karawana idzie naprzód". Taki sposób traktowania przeciwności przyjąłem już w roku 1964 i tej zasady trzymam się do dziś.
Książka ta powstała jako wynik tzw. rozmyślań przy goleniu. Patrząc w lustro, zobaczyłem starszego (bardzo starszego) pana, któremu powiedziałem: „Tego nie wolno ci zabrać do grobu, bo cię święta ziemia wyrzuci!". Spisałem więc to, co było łatwiejsze do spisania, a później to pisadło „puchło" i „puchło", aż doszło do dwóch osobnych opracowań. Obecnie, dzięki wielu ludziom dobrej woli „Poradnik zielarza" ukazuje się drukiem w wydawnictwie „Novum".
Co ma z tym robić nabywca? Przede wszystkim przeczytać gruntownie a nie tylko o tej jednej dolegliwości, która mu dokucza. Po drugie rozpowszechniać te porady długo i cierpliwie. Myślę, że znajdą się zwolennicy ziołolecznictwa, którzy nie tylko będą przekazywać dotychcza-
sową wiedzę na ten temat, ale rozwiną ją bardziej, niż to dziś wydaje się możliwe. No co? Świat by dawno diabli wzięli, gdyby brakło marzycieli — jak powiedział Sztaudynger. Spróbowałem więc trochę pomarzyć.